Jak rozpoznać dobrą kawiarnię?

Kawa, Lifestyle / 

Kawiarnia niegdyś kojarzyła się z czymś luksusowym, miejscem na randki lub spotkania biznesowe. Czasy jednak się zmieniają, a powstające masowo w miastach kawiarnie stają się nieodłącznym elementem życia społecznego wielu ludzi. Element luksusu przerodził się w element socjalizujący: kawiarnia jest dziś miejscem spotkań przyjaciół, sąsiadów i znajomych z pracy; forum wymiany spostrzeżeń i problemów dotyczących lokalnego życia. Samo picie kawy schodzi na dalszy plan, a w najbardziej obleganych kawiarniach często serwowane są napoje wątpliwej jakości.  Jak widać, popularność to jedno, a wysoki poziom – drugie. Czym więc należy się kierować w poszukiwaniu dobrego miejsca na kawę? W tym artykule zdradzę wam, na co powinniście zwracać uwagę i jakie standardy powinny być bezwzględnie zachowane w dobrej kawiarni.

wnętrze kawiarni

Fot. Marcin Rzońca

Domagajmy się standardów

Bardzo cenię kawę smaczną, odpowiednio przygotowaną, świeżą, wysokiej jakości, z ziaren z dobrej palarni. Najczęściej przygotowuję ją we własnym zakresie w kuchni lub na wyjazdach, biorąc swój sprzęt. Miło jest jednak wyjść do kawiarni, spotkać się z kimś, porozmawiać lub po prostu oderwać się od domowego klimatu. Jako kawowy pasjonat, jadąc gdzieś, gdzie nigdy nie byłem, zazwyczaj staram się zrobić rekonesans, gdzie warto zajrzeć i spróbować czegoś dobrego. Jestem wybredny, zgadza się, lecz nie znaczy to, że nigdy nie pójdę do kawiarni, o której nic nie wiem. Nieraz mi się to zdarza. Jednak zanim coś zamówię, dokonuję szybkiej obserwacji, czego mogę się spodziewać i czy przypadkiem nie poprzestać na soku.

Nie twierdzę, że wszystkie kawiarnie mają serwować kawę segmentu specialty, że wszędzie mają być alternatywne metody parzenia, a barista ma opowiadać godzinami o jednej paczce ziaren z dziesięciu innych dostępnych. Oczywiście, miło, jeśli tak się zdarzy. Mnie wystarczy jednak poprawne przygotowanie i podanie kawy, na co wielu ludzi wydaje się nie zwracać najmniejszej uwagi. Wyobraźcie sobie jednak, że w eleganckiej restauracji serwują wam ciepłe, białe wino w szklance. Raczej szybko opuścilibyście taką restaurację, prawda? Dlaczego więc tak często zgadzamy się na podaną „byle jak” kawę? Być może wynika to z faktu, że z winem mamy już pewne obycie, a dobra kawa dopiero staje się popularna.

Czystość przede wszystkim

Ekspres

Skupmy się zatem tylko na kawie, kwestie wystroju lokalu, wypieków czy lokalizacji odstawiając na bok. Wchodząc do kawiarni, pierwszą rzeczą, na jaką zwracam uwagę, jest bar, gdzie znajdują się ekspres i młynek do kawy. Tu najważniejszy jest przede wszystkim porządek i higiena. Ekspres brudny, oblepiony resztkami kawy i wyraźnie zaniedbany nie świadczy dobrze o obsłudze lokalu. Widząc braki w tak podstawowej kwestii, zdecydowanie odrzucam pomysł zamówienia kawy i odradzam to moim współtowarzyszom. Nie wspomnę już o dyszach do spieniania mleka, które po każdym użyciu powinny być odpowiednio przetarte, a także przeczyszczone parą, która usuwa resztki mleka. Dysza oblepiona białą, zaschniętą warstwą to idealne siedlisko bakterii! Brak higieny w tej kwestii ma oczywiście wpływ na smak świeżo zaparzonej kawy.

zestaw do kawy

Fot. Marcin Rzońca

Warto też zwrócić uwagę na to, czy kolby na kawę (łyżki, w które wsypywana jest zmielona kawa) są cały czas wpięte w ekspres i odpinane tylko po to, by wyrzucić starą kawę, wyczyścić i zmielić do niej świeże ziarna tuż przed zaparzeniem. Kolby te muszą być cały czas gorące, by poprawnie działać. Dlaczego to wszystko jest tak istotne? Otóż, utrzymanie w czystości stanowiska pracy jest podstawową umiejętnością wykwalifikowanych baristów. Jego brak sugeruje, że podający kawę ludzie zupełnie się na tym nie znają. To także kwestia zwykłej higieny.

Ziarna

Drugą sprawą są ziarna w młynku. Jeśli widać, że klosz z kawą jest całkiem matowy, zatłuszczony, brudny od znajdujących się w środku czarnych węgielków, też raczej odpuszczam. Odpowiednio wypalone ziarna nie mogą być czarne! Powinny być brązowe, ciemnobrązowe, matowe. Błyszczące, oleiste ziarna są charakterystyczne dla kawy bardzo mocno wypalonej, w której smaku dominowało będzie drewno, dym, stęchlizna i duża doza goryczy. Warto zapytać obsługę, czy wiedzą, jaką kawę aktualnie mają w młynku. Niestety, często udaje mi się dowiedzieć tylko, że kawa jest dobra, włoska lub czysta arabika, najlepsza!

kubki z kawą

Fot. Marcin Rzońca

Niuanse w przygotowaniu

W drugiej kolejności zerkam ukradkiem na to, co inni goście mają w swoich filiżankach – czy espresso ma objętość kubka, czy jest to prawidłowe kilkadziesiąt mililitrów gęstego naparu; czy cappuccino ma ładną, jogurtową konsystencję i apetyczną piankę. Obserwuję także baristę w trakcie przygotowania kawy. Jeśli kawa nie jest na bieżąco mielona zanim wyląduje w kolbie, tylko wysypywana za pomocą jednego pociągnięcia wajchy z podajnika, nie jest to dobry znak. Podobnie jeśli brakuje elementu wyrównania i ubicia kawy w sitku. Aby poprawnie przygotować espresso, niezbędne jest drobne zmielenie kawy, równe ułożenie jej w sitku i odpowiednie, równomierne, mocne ubicie przy pomocy tampera. Ważna jest też sama kawa, która wypływa z kolby do filiżanki. Napar powinien płynąć spokojnie, gęstym strumieniem o kremowo-brązowym kolorze. Jeśli zauważycie więc, że kawa z wylewki jest wręcz wypluwana szerokim strumieniem o kolorze słomkowym, a filiżanka napełniana po brzegi w ciągu kilkunastu sekund, nawet nie myślcie o zamawianiu kawy w takim miejscu.

Kawa z mlekiem

Dużo osób sięga po kawy z dodatkiem mleka. Ja też je zamawiam, szczególnie, jeśli widzę, że kawa może nie grzeszy jakością, ale za to jest poprawnie przyrządzana. Warto pamiętać, że spienienie mleka również ma niebagatelny wpływ na smak napoju. Krowie mleko ma naturalnie słodki smak, a jego słodycz zwiększa się do pewnego momentu wraz ze wzrostem temperatury. Podczas spieniania mleko jest jednocześnie podgrzewane przez parę. Optymalna temperatura mleka do cappuccino czy latte to przedział 60-70 st. C, kiedy to można wydobyć z niego maksimum słodyczy.

cappuccino, czarna kawa i kawiarka

Fot. Marcin Rzońca

Jednak nie sama temperatura jest ważna, ale również konsystencja. Dobre spienianie powinno dać nam mleko o gęstości jogurtu czy śmietany: jednolitą, drobnopęcherzykową pianę. Tak spienione i poprawnie wlane do filiżanki mleko tworzy z kawą spójną całość, równą z brzegiem naczynia. Powierzchnia powinna być gładka – z pianą niewystającą ponad filiżankę i w żadnym wypadku nie sztywną niczym białko ubite na bezę. Nakładanie piany łyżką czy też ubijanie mleka na sztywno to niestety bardzo częste przypadłości wielu lokali serwujących kawę. Po pierwsze, jest to bardzo nieestetyczne. Taka piana wygląda brzydko, a po wymieszaniu z kawą staje się brązową breją, która na pewno nie jest apetyczna. Dodatkowo, metoda ta w żaden sposób nie wzbogaca smaku kawy naturalną słodyczą mleka, a jedynie zmienia kolor napoju. Poprawnie przygotowane cappuccino jest przyjemnie słodkawe nawet bez dodatku cukru, dobrze wyczuwalne są w nim nuty wanilii, mlecznej czekolady czy orzechów laskowych. Dopełnieniem całości jest ładny wzór.

Wymagajmy od siebie

Jednocześnie chciałbym w tym miejscu zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię – na nasze podejście jako klientów. Od siebie też musimy wymagać pewnych standardów. To jasne, że nie powinniśmy godzić się na złą obsługę czy też na podawanie kawy przygotowanej czasem w sposób wręcz karygodny. Na wspomniane przez mnie elementy każdy z nas powinien być wyczulony, jednak reagować należy z taktem i z klasą, bez wyniosłości. Fakt, że nagle dowiedzieliśmy się, że espresso to nie 200 ml lury wylanej w pięć sekund z ekspresu, nie czyni z nas ekspertów, a zwykła kultura osobista wymaga od nas, by reklamacje zgłaszać spokojnie i rzeczowo.

kubek do kawy

Fot. Marcin Rzońca

Czasami brakuje nam też otwartości na nowe doznania. Naprawdę dobre kawiarnie są w stanie zaserwować wspaniale przygotowane kawy o wyjątkowym smaku. Rześkie, słodkie, kwiatowe, owocowe, orzechowe, cytrusowe, gęste, lepkie bądź lekkie. Wszystko to uzyskane bez żadnych dodatków, syropów ani chemicznych sztuczek. Tak może smakować tylko poprawnie przygotowana kawa wysokiej jakości. Niestety, często zdarza mi się obserwować ludzi, którzy przychodzą do takich miejsc i tonem nieznoszącym sprzeciwu każą zrobić sobie americano, którego często nie ma w ogóle w menu, a na propozycję przygotowania czarnej kawy lepszą metodą odpowiadają lekceważeniem bądź wręcz agresją. Skoro wymagamy od innych najwyższych standardów obsługi, od siebie też wymagajmy tego samego!

Jakie są Wasze ulubione kawiarnie? Czy zdałyby egzamin jakości? Na co Wy zwracacie uwagę, szukając dobrego miejsca na kawę? Piszcie w komentarzach!

Autor: Marcin Rzońca, PopularCoffee Blog.

popularcoffee-logo-png

Rocznik ’89. Z wykształcenia dziennikarz i operator. Z zawodu operator i fotograf. Z zamiłowania wszystko naraz, do tego oblane skrupulatnie kawą. Tą dobrą i tą jeszcze lepszą. Bloger. Fan mediów tradycyjnych i nowych, a także gadżetów i nowinek technologicznych. Niepoprawny liberalny konserwatysta i konserwatywny liberał. I najlepiej, gdy to wszystko można wykorzystać do działania, do życia i cieszenia się nim.

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Inne wpisy z tej kategorii

Komentarze

  1. Zero o obsłudze klienta, która jest kluczowa. Produkt jest tylko przyprawą, która owszem poprawia smak, ale jest kluczowy. Tym bardziej, że od specialty powinno się wymagać. Jak dla mnie jest to poradnik jak znaleźć lokal z dobrą kawą, a nie dobrą kawiarnię :)

    Żeby nie było sam odwiedzam kawiarnie i cisnę alternatywy też w domu.

    1. Cześć! :)

      Oczywiście! Znudzony barista za barem, który z łaską rzuci filiżankę, rozchlapując zawartość dookoła, czy taki, co z westchnięciem pt „boże-czemu-znowu-ktos-sie-pyta-czym-jest-drip” zaczyna coś tłumaczyć, to rzeczy godne potępienia i psują nastrój nawet najlepszych kawiarni. Zdarzyło mi się byc w takich miejscach i smaczne rzeczy od razu stają się mniej smaczne.

      Tylko akurat zalożeniem mojego tekstu była bardziej szybka porada, jak można w kilkadziesiąt sekund zorientować się, czy w danej kawiarni znają się choć trochę na kawie, czy można liczyć na dobry produkt, jeszcze zanim w ogóle podejdzie sie do baru złożyć zamówienie.

      Ocenę obsługi łatwo samemu sobie wyrobić. Wiemy, czym jest miłe a czym niemiłe zachowanie. Widać, czy ktoś robi coś z pasją, czy nie. Stąd pominąłem tę kwestię w tekście, ale dzięki za zwrócenie uwagi :)

  2. Zawsze zastanawia mnie dlaczego ludzie udają że są ekspertami w temacie o którym wiedzą ledwo „ciut”. I nawet ne przyczepiłabym się gdyby nie fakt (irytujacy) że wyższość i „eksperckość” aż bije z tego artykułu… Więc jako espert niech pan zrobi sobie i nam przyjemność i zorientuje się czym jest choper, chamber, czym temper i crema etc. Serio. Trochę wstyd.

    Nie hejtowałabym gdybym nie miała świadomości że ludzie się od pana potem uczą takich głupot.

    Pozdrawiam

    1. Dzień dobry,

      Bardzo mi przykro, że ton artykułu został odebrany jako „wywyższający się”. Pierwszy raz spotkałem się z takim zarzutem pod kątem moich artykułów czy to na łamach GC, czy w innych miejscach. Na pewno nie było to moją intencją. Łatwo przekroczyć granicę między pouczaniem kogoś, czego nie lubię i w moim odczuciu nie robię, a doradzeniem tak mocno, jak tylko potrafię i z jak najlepszymi intencjami.

      Abstrahując teraz jednak od tonu, bo to rzecz względna. Interesują mnie Pani zarzuty w stosunku do mojego braku wiedzy i zainteresowania się tym, czym jest „choper” „temper” czy „crema”.

      Przeczytałem po raz kolejny swój artykuł, poszukując jakiś błędów czy to merytorycznych czy ortograficznych i przykro mi, ale nie znalazłem.

      „choper”, czyli prawidłowo „hopper”, to pojemnik na ziarna montowany na młynku do kawy.
      „temper”, czyli prawidłowo „tamper”, to specjalna „pieczęć”, dopasowana wielkością do kolby ekspresu, służąca ubijaniu kawy.
      „crema” to naturalnie występująca emulsja na wierzchu kawy robionej z maszyny ciśnieniowej, czyli espresso.

      Pozdrawiam

      1. Ania |PrimoCappuccino

        Absolutnie nie odebrałam Twojego tonu, jako „wywyższającego się” – do czego miałbyś pełne prawo, bo to, że ktoś inny zna kilka specjalistycznych pojęć, nie daje mu żadnego prawa do bezpodstawnej krytyki :)
        Jeśli ktoś ceni sobie świetnie przyrządzoną kawę, przeczyta z zaciekawieniem, nawet w przypadku, gdy już to wszystko wie. Ja przeczytałam i posyłam w świat :)

        1. Bardzo cieszę się i milo mi, że artykuł przypadł Ci do gustu! :) Starałem się dotrzeć do jak najszerszego grona odbiorców, bo to w końcu my – klienci – docelowo motywujemy lokale do podciągania standardów.

  3. Wielu pracowników kawiarni pracuje za minimalną stawkę, dla sieci są tylko wymiennymi pionkami, a zarząd danej kawiarni – cóż, jest często w tej samej sytuacji. Mając na głowie wiele różnych rzeczy oprócz serwowania kawy obcym ludziom, często po 30 w kolejce… Brzmi zachęcająco do przykładania się do pracy, prawda?
    Pewnie, świat byłby pięknym miejscem, gdyby był pełen pasjonatów. Niestety na razie jest pełen zabieganych ludzi szukających sensu albo chwilowego oderwania od wyścigu.

    1. Fakt, stawki w gastronomii nigdy nie były powalające, zwłaszcza na szczeblu podstawowej obsługi. Nie tylko w Polsce, ale ogólnie, na świecie. Mówię o generalnej zasadzie.

      I wiem też, że niskie płace demotywują. Kwestie tego, jak pracodawca jest w stanie podejść do swojego pracownika to temat nawet nie na osobny artykuł, a na rozprawę naukową.

      Ale z drugiej strony, przynajmniej ja tak mam – skoro już muszę gdzieś pracować, to i tak robię coś możliwie dobrze. Dla własnego świętego spokoju. A jak gdzieś lubię pracować, to płaca schodzi na odrobinę dalszy plan i cieszę się z tej wartości niematerialnej :)

  4. Faktycznie ton wpisu zakrawa na arogancki. Odebrałem to jakby był Pan kontrolrerm jakości, czy wręcz wyrocznią. Sądzę, że bywają kawiarnie gdzie nawet super specjalista może czegoś się nauczyć, w końcu kto się nie rowija ten się cofa.
    A odnośnie porównania do wina to już nie wiem co powiedzieć. Czy naprawdę sądzi Pan, że kawa jest obszerniejszym tematem? Pomijam już fakt okresu w ciągu którego ludzkość pije kawę, bo można powiedzieć, że wino zna od zawsze. Bariści to napewno doskonali fachowcy w swojej dziedzinie, ale winiarstwo to cała dziedzina wiedzy w której można studiować, a wręcz doktoryzować się.
    Zapewne wiele z Pańskich rad przyda mi się w terenie, gdyż moja praca polega na przemieszczaniu się po całej Polsce, a więc i poznawaniu nowych miejsc, jednak proszę nie wywyżsac się umniejszając innych, gdyz może okazać się, że tylko Pan się ośmieszy i wyjdzie na ignoranta.
    Pozdrawiam

    1. Panie Piotrze! Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak przeprosić za wywyższający się ton, skoro za taki został odebrany. Chciałem tylko przytoczyć kilka rad, na co warto zwrócić uwagę, wybierając się do kawiarni, w której nigdy się nie było, a jest się osobą ceniącą dobrą kawę. Stąd nie dało się uniknąć takich sformułowań jak „warto zwrócić uwagę..” czy „zerknijmy na..”. Kontroler jakości? Aż tak o nie, po prostu wyliczyłem na co warto zwrócić uwagę, co może być wyznacznikiem tego, czy dana kawiarnia serwuje niezłą kawę, czy też nie ma o tym zielonego pojęcia i próbują wcisnąć klientom lurę w postaci delicji. A przecież idąc do lokalu, do restauracji, chcemy być uraczeni czymś dobrym, prawda?

      Natomiast co do wina. Tu muszę bardzo przeprosić, bo wkradło się nieporozumienie. W oryginalnym tekście, przesłanym przeze mnie do redakcji, nie było sformułowania, że z „kawą nie jest tak prosto jak z winem” i po korekcie, podczas autoryzacji, zwróciłem uwagę, że jest to zdanie niefortunne i proszę o zmianę tego zdania na „Być może wynika to z faktu, że z winem mamy już pewne obycie, a dobra kawa dopiero staje się popularna”.

      Bo faktycznie tak jest w moim odczuciu – wino w Polsce staje się coraz popularniejsze. Ludzie są świadomi tego, w czym podawać wino, jakie do czego itp. Ta wiedza, przynajmniej na poziomie podstawowym, jest zdecydowanie szersza niż w przypadku wiedzy o kawie. Która także jest bardzo złożona. Proszę mi wierzyć, z tematów kawowych także powstają prace naukowe, doktoranckie. Jest to bardzo szeroka tematyka z zakresu biologii, botaniki, chemii, rolnictwa. Kawa to nie tylko proces wypalania jej w palarni. Wszystko zaczyna się na plantacjach – rodzaj gleby, nasłonecznienie, opady, wysokość upraw nad poziomem morza (co przekłada się na ilość kofeiny i poziom goryczy), czyli całe terroir, odmiana botaniczna (varietal), potem jest cały złożony proces obróbki ziarna, który ma wpływ na charakterystykę smakową. Inna będzie przy obróbce tzw. dry, na sucho, gdzie wiśnie są suszone na słońcu i łuskane z miąższu, co da ciężkie, owocowo-winno-jagodowe posmaki, a jeszcze inny smak będzie z obróbki na mokro (washed), gdzie miąższ z wiśni jest zdzierany przy obróbce wodnej, co w efekcie da kawy bardzo czyste w smaku, lekkie, rześkie, wytrawne. W dzisiejszych czasach coraz więcej eksperymentuje się z nowymi procesami, przykładowo z użyciem drożdży winiarskich, czy w atmosferze beztlenowej. A jeszcze do tego dochodzi ocena sensoryczna, q-graderska, kwalifikująca kawy do odpowiednich segmentów jakościowych (jeśli kawa uzyska 80+ punktów na 100 możliwych, wówczas jest uważana za kawę segmentu specialty). Na to wpływ mają defekty pierwszego i drugiego stopnia, wywołane przez złą uprawę, grzyby, szkodniki czy nieprawidłową obróbkę…

      Także jak widać, ten zakres tematyczny kawy nie jest aż tak prosty, jakby się mogło wydawać z początku :)

      Pozdrawiam!

      1. Gentleman's Choice

        Potwierdzamy, niefortunne zdanie o winie to nasz błąd. Poprawiliśmy i już jest zgodnie z zamysłem autora. :)

        1. Dziękuję! :)

        2. Pozostaje mi wobec tego uznać artykuł za dobry merytorycznie i pomocny w życiu zwłaszcza zawodowym. Teraz poprostu poczekam, aż się kiedyś spotkamy – może w pociągu – i porozmawiamy bo chętnie zgłębiłbym swoją kawową wiedzę :)
          Bo tak naprawdę to nawet nie wiem jakiego typu ekspres do kawy mam w domu… Każdy mnie o to pyta podczas odwiedzin, a ja dostałem go kiedyś od znajomego i dobrze że chociaż powiedział jak go używać.
          Pozdrawiam

          1. Marcin Rzońca

            Uf, cieszę się niezmiernie i bardzo miło mi czytać, że te parę słów ode mnie komuś się przyda :)

            Natomiast co do zgłębiania kawowej wiedzy, spotkania i kawy w domu, śmiało proszę pisać, odzywać się na maila, czy na blogu lub tutaj, chętnie pomogę! A że krążę po Polsce, spotkać także można byłoby się!

            Pozdrawiam

      2. Gentleman's Choice

        Potwierdzamy, niefortunne zdanie o winie to nasz błąd. Poprawiliśmy i już jest zgodnie z zamysłem autora. :)

  5. Świetny artykuł. Nie – ton nie jest wywyższający się :) Pozdrawiam :)

    1. Cieszę się bardzo!

  6. Mirosława Swarcewicz Likierska

    Dzień dobry . Zgadzam się całkowicie z panią Anią. Artykuł jak najbardziej pomocny . Dziękuję. Może podpowie mi pan gdzie w Rzymie wypić kawę. Ale nie dobrą kawę tylko najlepszą. Dobrego dnia życzę. Nie,nie. Wspaniałego pod każdą względem.

    1. Dzień dobry!

      Posilę się tutaj swoim artykułem bezpośrednio z bloga – http://popularcoffee.pl/wloska-kawa-weryfikacja-mitow/ – który powstał właśnie po mojej wizycie w Wiecznym Mieście.

      Ale tak streszczając – polecam zajrzeć do takich miejsc, gdzie nie ma turystów, czyli z dala od wszelkich „tazza d’oro” czy „sant eustachio”. Dobrze jest znaleźć jakieś bardziej współczesne lokale, gdzie siedzi sporo młodych ludzi lub niewielkie bary, w których Włosi codziennie przed pracą wypijają swoje espresso, zamieniają kilka słów z sąsiadami i idą dalej!

      Pozdrawiam i najlepszego dnia życzę!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Czytaj kolejny artykuł

Ikony stylu: Rita Hayworth

Lifestyle / 

Rita Hayworth była niekwestionowaną królową lat 40. i jedną z pierwszych supergwiazd kina, stosując dzisiejsze miary. Śpiewali o niej Tom Waits i Madonna, a Jack White z The White Stripes oprócz utworu, w którym snuje marzenia o spotkaniu z nią, nazwał jedną ze swoich gitar imieniem Rita. Jej wizerunek znalazł się nawet na kadłubie bomby atomowej, a Marylin Monroe można uznać jedynie za spadkobierczynię jej schedy. Poznajcie historię jednej z prawdziwych ikon XX w.

Uśmiechnięta Rita Hayworth

bestmoviesbyfarr.com

Od Cansino do Hayworth

Margarita Cansino, bo tak brzmiało prawdziwe nazwisko Rity, miała trudne dzieciństwo. Jako córka hiszpańskiego imigranta i spadkobierczyni rodzinnych tradycji – jej dziadek prowadził znaną szkołę bolero – szybko została zmuszona przez ojca do nieustannych treningów tańca. Młoda Margarita nie miała odwagi, aby przeciwstawić się woli rodziny. Już jako nastolatka występowała z rodziną w popularnych wówczas wodewilach oraz w klubach nocnych na zachodnim wybrzeżu i w Meksyku. Jak to zazwyczaj bywa w takich przypadkach, oszałamiająca kariera, jaka stała się jej udziałem, była wypadkową wielu czynników. Dużą rolę grał tu przypadek, a także charakterystyczna latynoska uroda, dzięki której w latach 30. Cansino została wybrana do kilku mniejszych ról filmowych.

Rita Hayworth i Fred Astaire.

Rita Hayworth i Fred Astaire. Źródło: pinimg.com

Latynoskie pochodzenie mogło być dla Cansino wtedy hamulcem w rozwoju kariery, dlatego zdecydowała się na zmianę nazwiska na „Hayworth”, co miało przynieść wreszcie poważne role. I przyniosło. W 1939 roku zagrała w głośnym filmie Tylko ptaki mają skrzydła. Niedługo później młodej aktorce zaczęły przydawać się również wyćwiczone w mozole taneczne umiejętności. Sam Fred Astaire przyznał po latach, że Hayworth była jego najlepszą taneczną partnerką. Ona sama wspominała zaś z humorem, że filmy z Astairem to jedyne obrazy ze swoim udziałem, które może oglądać.

Życie Rity przybrało prawdziwego tempa na początku lat 40. Obiecująca aktorka i tancerka próbowała swoich sił także jako modelka i to z powodzeniem! Tysiące amerykańskich żołnierzy rzuconych na front II wojny światowej miało przy sobie jej zdjęcie… Era pin–up girls rozkwitała w najlepsze.

Rita Hayworth - pin-up

licdn.com

Gilda Hayworth

Po wojnie popularność Rity jeszcze wzrosła dzięki głównej roli w filmie Charlesa Vidora Gilda. Zagrała w nim nieszczęśliwą żonę właściciela kasyna, która rozpoznaje w jednym z pracowników kasyna swojego kochanka z przeszłości. Hayworth stworzyła archetyp rzuconej między dwóch mężczyzn femme fatale, a scena, w której śpiewa Put the Blame on Mame i powoli zdejmuje długie rękawiczki, uznawana jest do dziś za jeden z najbardziej zmysłowych momentów na dużym ekranie. Rola Gildy to jedna z najważniejszych ról żeńskich tamtego okresu, porównywalna z rolą Ingrid Bergman w Casablance, Audrey Hebpurn w Śniadaniu u Tiffany’ego, czy Marylin Monroe w Mężczyźni wolą blondynki. Rudowłosa Gilda zawładnęła wyobraźnią publiczności jak nikt przedtem. Była jedną z ikon, które kształtowały ponadczasowy styl retro i kanon współczesnej elegancji.

Rita Hayworth jako Gilda.

Rita Hayworth jako Gilda. Źródło: newyorksocialdiary.com

Co Ricie zostanie zapamiętane oprócz długich wizytowych rękawiczek i bujnych rudych włosów? Styl Rity, który inspiruje do dziś, to w dużym skrócie styl na uroczyste okazje. Długie, poruszające się z każdym krokiem suknie to współcześnie nieodłączny i najbardziej efektowny element krajobrazu czerwonych dywanów podczas gali rozdania Oscarów czy festiwalu filmowego w Cannes.

Rita uchodziła za symbol swoich czasów. Amerykański pisarz Somerset Maugham przyznał, że nie mógł wymarzyć sobie lepszej kandydatki do ekranizacji jednej ze swoich nowel (Miss Sadie Thompson z 1953 roku). Z kolei Stephen King umieścił jej postać w opowiadaniu Rita Hayworth and Shawshank Redemption, później zekranizowanym przez Franka Darabonta w wielkim hicie Skazani na Shawshank. W więzieniu o zaostrzonym rygorze penitencjariusze oglądają na okrągło w świetlicy Gildę, a główny bohater Andy Dufrense skrywa pod plakatem Rity swoją wielką tajemnicę…

Rita Hayworth - pin-up

otrcat.com

Wizerunek Hayworth widniał nie tylko na plakatach – w nawiązaniu do image’u seksbomby (ang. bombshell), Hayworth trafiła na kadłub bomby atomowej, które Amerykanie podczas testów nuklearnych detonowali w atolu Bikini na wyspach Marshalla. Wywołało to wściekłość aktorki, która potraktowała zajście jako chwyt reklamowy wykorzystujący jej wizerunek. Wspominał o tym po latach ówczesny mąż Hayworth, słynny Orson Welles, amerykański reżyser i producent filmowy. Całe zajście skwitował w jednej z audycji radiowych: Chciałbym, aby moja córka mogła powiedzieć  swojej córce, że zdjęcie jej babci widniało na ostatniej bombie, jaka kiedykolwiek wybuchła.

Hollywood to nie bajka

Nieudane małżeństwo Wellesa i Hayworth trwało zaledwie kilka lat. Życie prywatne odnoszącej sukcesy aktorki było niestety pasmem niepowodzeń. Żadne z jej pięciu małżeństw nie przetrwało próby czasu. Bardzo możliwe, że na taki stan rzeczy cieniem kładła się rola prowokującej i fatalnej Gildy, co dla na co dzień nieśmiałej i pełnej kompleksów Rity było ogromnym ciężarem. Mężczyźni chodzą do łóżka z Gildą, a budzą się przy mnie – mówiła z goryczą.

Rita Hayworth i Orson Welles z córką Rebeccą.

Rita Hayworth i Orson Welles z córką Rebeccą. Źródło: flickr.com

Prywatne niepowodzenia aktorka coraz częściej próbowała topić w kieliszku. Z relacji jej córki Yasmin Agi Khan (z małżeństwa z pakistańskim księciem Ali Khanem), która alkoholowe wypadki matki obserwowała z perspektywy małego dziecka, wyłania się klasyczny obraz gwiazdy ekranu, która nie radziła sobie ze wzlotami i upadkami swojej kariery. Coraz gorszy stan zdrowia Rity pogarszały zapaście alkoholowe, w efekcie których aktorka musiała być hospitalizowana.

A skoro jesteśmy już przy temacie alkoholu – nieco przewrotna anegdota. Wielu piewców legendy Hayworth twierdzi, że margarita – słynny drink na bazie tequili, z dodatkiem soku z limonki i soli, został po raz pierwszy przygotowany na cześć Rity i jej oryginalnego imienia. Trudno w tej kwestii o jednoznaczne potwierdzenie, jednakże czas i miejsce powstania margarity – przeważnie określane na lata 30. w Meksyku pozwalają snuć wizje, że to właśnie Margarita Cansino – tańcząca wówczas w nocnych klubach w Tijuanie – jako pierwsza piła margaritę, przygotowaną specjalnie dla niej przez zauroczonego barmana.

Zmierzch gwiazdy

Ostatnie lata jej życia to walka z postępującą chorobą Alzheimera, o czym świat dowiedział się w 1981 roku. Od tego czasu Hayworth stała się pierwszą publiczną twarzą tej mało dyskutowanej wówczas choroby. Do dziś amerykańskie Stowarzyszenie Alzheimera organizuje coroczną Galę charytatywną im. Rity Hayworth, z której dochód przeznaczony jest na badania nad chorobą – dziś uznawaną za cywilizacyjną. W wyniku komplikacji Hayworth umarła w maju 1987 roku w wieku 68 lat. Dzień po śmierci oficjalnie pożegnał ją amerykański prezydent Ronald Reagan doceniając zarówno talent, niezapomniane role, jak i wkład, jaki Rita wniosła w rozwój badań nad Alzheimerem. Smutnym zrządzeniem losu, 7 lat po śmierci Hayworth lekarze zdiagnozowali Alzheimera także u Reagana.

Kreacje Rity Hayworth.

Kreacje Rity Hayworth. Źródło: licdn.com

Oddajmy na koniec głos wspomnianemu Jackowi White’owi, który w kawałku Take, Take, Take tak relacjonuje urojone spotkanie z Ritą:

Byłem wstrząśnięty, widząc Ritę Hayworth w tym miejscu, tak obdartym

Szła do baru; jej długie nogi, rude, kręcone włosy

To było wszystko, czego potrzebowałem

Powiedziałem do przyjaciela:

„Dobry Boże, jakie szczęście mamy, że ją widzimy”

Legenda Gildy trwa do dziś.

Autor: Michał Kosiorek

Zapisz

Inne wpisy z tej kategorii

portfel

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Czytaj kolejny artykuł

Krótka historia teledysku

Muzyka / 

Współczesny teledysk to starannie wyreżyserowany, ekskluzywny produkt reklamowy. Stoi za nim wielomilionowy budżet, tuziny speców, rozbudowany plan zdjęciowy, a wreszcie precyzyjnie dobrane strategie promocyjne, nie pozostawiające żadnego szczegółu przypadkowi. Wszystko, aby w kilkuminutowej historii zaskoczyć, przebić się do zbiorowej świadomości, a także zwyczajnie zarobić. Wszystko na wysoki połysk, wybucha, przyprawia o zawrót głowy. Wielu teledyskom nie można odmówić wartości artystycznej, jak chociażby w przypadku klipów Lady Gagi, Beyoncé czy amerykańskiego rapera Kendricka Lamara. Teledysk na przestrzeni lat stał się jednym z filarów showbiznesu, a jego ewolucja to w zasadzie historia kształtowania się całej popkultury. Choć początki – jak to na ogół bywa – były niepozorne.

W poszukiwaniu formy

Dziś korzystanie z dorobku sztuki filmowej do zilustrowania muzyki wydaje się absolutnie naturalne, mimo że jeszcze pół wieku temu takie oczywiste nie było. Pierwsza dekada coraz śmielszego oswajania filmu z muzyką, czyli tak ważne dla historii muzyki lata 60., upłynęła na nielicznych eksperymentach w kształtowaniu formy, którą dziś znamy pod nazwą teledysku. Swój udział musieli w tym mieć The Beatles, którzy w 1964 roku pokazali pełnometrażowy film muzyczny Noc po ciężkim dniu (ang. A Hard Day’s Night). Beatlesi zagrali samych siebie, a utwory, które znalazły się w filmie, ułożyły się niedługo potem w studyjny album o tym samym tytule. Najwyraźniej intuicja podpowiadała, że połączenie muzyki z językiem filmu jest dobrym pomysłem. Mimo że obraz okazał się kasowym sukcesem, należy go dziś uznać raczej jako poszukiwanie formy. Z mało zajmującą fabułą nie przetrwał próby czasu i nie pozwolił, aby historia zapamiętała członków zespołu jako chociażby obiecujących aktorów.

Plakat filmu Noc po ciężkim dniu.

Plakat filmu Noc po ciężkim dniu. źródło: metacritic.com

Sygnał jednak poszedł z samego szczytu. W tym samym roku ukazał się klip I Get Around zespołu Beach Boys. Widzimy w nim pięciu jednakowo ubranych przystojnych panów, z czego dwóch imituje grę na gitarze, a pozostali wystukują o swoje uda rytm słynnego surf rockowego hymnu. Wszystko to całkowicie statyczne, uchwycone na tle sztucznych palm i wciągniętego do studia samochodu. Ma to swój urok, ale z dzisiejszej perspektywy trąci myszką. Najwyraźniej pomysły jak wykorzystać przestrzeń muzyki i narzędzie filmu do uzyskania efektu artystycznej synergii były jeszcze kwestią przyszłości. Nieodległej.

Zdjęcie z planu teledysku I Get Around grupy Beach Boys.

Zdjęcie z planu teledysku I Get Around grupy Beach Boys. Źródło: rocktrain.net

W przeddzień ery MTV

Jeszcze w latach 60. David Bowie nakręcił teledysk do swojego pierwszego wielkiego przeboju Space Oddity. Sam utwór stał się częścią historii XX wieku, w związku z wykorzystaniem go przy pierwszym lądowaniu człowieka na księżycu. Natomiast teledysk przepadł, mimo że był jedną z pierwszych koncepcyjnych, artystycznych prób stworzenia teledysku rozumianego dzisiejszymi kategoriami, wprowadzającym elementy fabuły czy swoją autorską symbolikę. Wydaje się, że klip nie znalazł kanału, którym mógłby się przebić do zbiorowej świadomości. Bowie uczynił w historii teledysku krok do przodu. Każdy jego późniejszy klip był przemyślanym w detalach produktem (włącznie z ostatnim, okrutnie wymownym, do utworu Lazarus ze stycznia tego roku), ale jeszcze wtedy – w 1969 roku do przełomu nie doprowadził.

W latach 70. mariaż muzyki i filmu, a zwłaszcza telewizji, stawał się coraz silniejszy. Na Wyspach Brytyjskich święcił triumfy program muzyczny Top of the Pops. Prezentował on największe współczesne hity muzyki rozrywkowej, niekiedy z udziałem artystów na żywo w studio. Aby zachować walor promocyjny i zaznaczyć swoją obecność w programie notującym tydzień w tydzień rekordy oglądalności, jednocześnie nie fatygując się regularnie na występ live w telewizyjnym studio, gwiazdy zaczęły coraz częściej produkować filmy promujące utwór. Tę drogę obrał Freddie Mercury z zespołem Queen. Ich teledysk do rozbudowanej, niemalże operowej Bohemian Rhapsody uchodzi za jeden z kamieni milowych teledyskowej historii.

Kadr z teledysku Bohemian Rhapsody Queen.

Kadr z teledysku Bohemian Rhapsody Queen. Źródło: bbc.co.uk

Naturalną koleją rzeczy muzyczne filmiki stały się w krótkim czasie kapitałem nie tylko artystycznym, ale i finansowym, co nie mogło ujść uwadze medialnych potentatów. W sierpniu 1981 roku wystartowała MTV (skrót od Music Television). Był to jednoznaczny znak, że teledysk wchodzi na salony kultury masowej. Pierwszy historyczny klip na antenie,Video Killed a Radio Star zespołu The Buggles, stał się legendą i ironicznym symbolem. Nie mniejszym niż Thriller Michaela Jacksona, który pojawił się niedługo później i na dobre rozkręcił teledyskową karuzelę.

Złote lata teledysków

Thriller w zasadzie oznaczał początek ery teledysków, jakie znamy dziś. Nie będzie dużą przesadą, jeśli powiemy, że Jackson nadał teledyskowi rangę dzieła ważnego odrębnego, kompletnego i oddzielnego na równi z muzyką. Klip przestał być tylko tłem, a stał się równorzędną piosence historią o popkulturowym znaczeniu. Sam Thriller to zainspirowany okultyzmem i światem wampirów minimusical. To niemalże etiuda filmowa, cały czas balansująca pomiędzy światem rzeczywistym a urojonym, która do dziś uchodzi za symbol lat 80. Teledysk ten zapisał się nie tylko w historii muzyki. Miał ogromne znaczenie także dla kariery Jacksona i stał się pierwszym krokiem do jego koronacji na króla popu.

Kadr z teledysku Thriller Michaela Jacksona.

Kadr z teledysku Thriller Michaela Jacksona. Źródło: ytimg.com

Śladami Michaela masowo podążyli kolejni, co dla MTV oznaczało czas żniw i początek złotej ery. Gwiazdy ochoczo zaczęły sięgać po najnowsze osiągnięcia animacji komputerowych. Dziś, obserwując niektóre z nich, rodem z wczesnych gier na Atari, zbiera się na śmiech. Wtedy jednak były to wyżyny techniki. Do historii przeszły tak różne stylowo rzeczy, jak klip do Take On Me norweskiej grupy A-ha, nieco kiczowaty obraz do kultowego Money for Nothing Dire Straits czy ocierające się już o najniższą półkę dobrego smaku Tarzan Boy zespołu Baltimora. Tak właśnie wyglądał teledysk w latach 80.

Kadr z teledysku Take On Me grupy A-Ha.

Kadr z teledysku Take On Me grupy A-Ha. Źródło: stunderavlycka.se

Złote lata teledysku trwały w najlepsze także przez następną dekadę i pozwoliły na trwałe zapisać w pamięci milionów wizerunki ikon grunge’u – Nirvany, Pearl Jam, Soundgarden, czy Guns’n’Roses. Stylistyka mocniejszego gitarowego grania przyniosła też własne trendy, które znalazły odzwierciedlenie w klipach. Jednym z nich było naprzemienne połączenie fabularnej historii z fragmentami występu zespołu, czasem na żywo, czasem nagranego w dziwacznym miejscu na potrzeby klipu. Z tego czasu do historii przeszedł teledysk do Cryin’ grupy Aerosmith, pewnie dzięki kreacji Alicii Silverstone, dla której niezapomniana rola pełnej werwy i uroku zdradzonej nastolatki stała się przepustką do filmowej kariery.

Alicia Silverstone w klipie do Cryin' Aerosmith.

Alicia Silverstone w klipie do Cryin’ Aerosmith. Źródło: onionstatic.com

Teledyski i możliwość nieustannego oglądania ich w MTV wykreowały nieśmiertelne, ikoniczne wizerunki wielu gwiazd. Kurta Cobaina wszyscy dziś widzą w zielonym paskowanym sweterku z klipu do Smells Like Teen Spirit, zaś Cyndi Lauper to rozwrzeszczana dziewczyna w marchewkowych włosach i czerwonej sukience z Girls Just Wanna Have Fun. Nawet Britney Spears kojarzy się do dziś z warkoczami grzecznej uczennicy w szkolnym uniformie z jednego ze swoich klipów.

Britney Spears w ...Baby One More Time.

Britney Spears w …Baby One More Time. Źródło: the-toast.net

Teledysk dzisiaj

Historia nie znosi próżni. Producenci wideoklipów w dalszym ciągu stają na głowie, aby w kilku minutach przekroczyć kolejne bariery, wymyślić nową koncepcję, wykreować promocyjny absolut. Tymczasem niektórym klipom scenariusz i zakończenie dopisuje samo życie, jak w przypadku wspomnianego Kendricka Lamara i skądinąd świetnego teledysku do Alright. Wymowę klipu wzmacnia kontekst trwających w Stanach zamieszek związanych z zastrzeleniem przez policję federalną czarnoskórych obywateli.

Kadr z teledysku Alright Kendricka Lamara.

Kadr z teledysku Alright Kendricka Lamara. Źródło: africasacountry.com

Mimo wielu świetnych klipów trudno oprzeć się wrażeniu, że obecnie większość materiału ginie w internetowym gąszczu. Bezgraniczny dostęp do gwiazd i nieustanne podglądanie ich życia spowodowały, że ten stał się formą nieco anachroniczną, a czasy monumentalnych, ikonicznych klipów zwyczajnie minęły. Jak śpiewali wspomniani The Buggles: Wideo zabiło radiową gwiazdę. Obrazy przyszły i złamały twoje serce. Klasyczne music video też przepadnie. Co będzie następne?

Macie swoje ulubione teledyski? Które klipy Waszym zdaniem zasługują na miano kultowych? Opublikuj swoją opinię w komentarzu!

Autor: Michał Kosiorek

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

portfel

Komentarze

  1. November Rain – G’n’R , na to zawsze czekałem na MTV

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Sklep Miler - męski sklep
Top