Ikona stylu: Yves Saint-Laurent

Ikony Stylu, Moda / 

Neurotyczny artysta, dziecko szczęścia, elegancki architekt mody. Zmagający się ze własną osobowością milioner, który ukształtował dzisiejsze spojrzenie na modę. Popularyzując pret-a-porter, Yves Saint Laurent na trwałe zapisał się w historii sztuki ubioru. Jest odpowiedzialny za popularność między innymi damskich spodni czy tweedowych marynarek. Jego losy zostały zekranizowane w 2014 roku, a Pierre Niney wcielający się w postać projektanta, otrzymał nagrodę Cezara za tę rolę.  

ysl-2

fot. hanoimuare.com

DIOR

Yves Saint Laurent nie jest przykładem typowego self-made man’a. Wręcz przeciwnie, jego talent wyprzedzał go zawsze o krok. W wieku siedemnastu lat, po zwycięstwie w konkursie na projekt sukienki koktajlowej, został przedstawiony Christianowi Diorowi. Jego projekty do tego stopnia podobały się staremu mistrzowi, że zatrudnił go jako projektanta w swoim domu mody.

ysl-3

fot. anothermag.com

Kariera Laurent’a nabrała tempa gdy w 1957 roku, gdy został dyrektorem artystycznym domu mody Dior, po śmierci swojego mistrza. Yves był najmłodszym projektantem na tym stanowisku w historii – miał dopiero dwadzieścia lat.

ysl-4

fot. blog.naver.com

Od najmłodszych lat, Laurent’owi towarzyszyły problemu w życiu osobistym – jego nieprzeciętna wrażliwość była przyczyną nieśmiałości i problemów z życiem w społeczeństwie. Pierwszym kryzysem z jakim musiał zmierzyć się młody Yves było powołanie do wojska – jego odmienna orientacja seksualna  przysporzyła mu wielu upokorzeń w środowisku żołnierskim. W skutek tego, doświadczył załamania nerwowego i depresji, co skończyło się pobytem w szpitalu psychiatrycznym. Tam, zgodnie z ówczesnymi metodami, homoseksualizm uznano za chorobę i leczono terapią elektrowstrząsową. Podczas nieobecności, utracił posadę w domu Diora.

ysl-6

fot. fashionmoon.com

Jako wyzwolony artysta poświęcał się pracy -nie musiał zajmować się kwestiami pieniędzy ani organizacją pokazów. Nad tą sferą czuwał Pierre Berge, partner życiowy i biznesowy Laurenta. To on pomagał  mu w prowadzeniu interesów, a po zwolnieniu przez Diora, Berge podał dom do sądu i wygrał sprawę zapewniając Yvesowi odszkodowanie. Wierząc w talent Saint-Laurent’a Berge przekonał go do założenia własnego domu mody. O śmiałości tej decyzji świadczyło istnienie w Paryżu takich marek jak, wspomniany Dior czy Chanel. Konkurencja była silna, a mimo to zaryzykował i otwarcie nowego domu mody okazało się sukcesem. Kluczowa okazała się akcja promocyjna przeprowadzona w prasie, co przyciągnęło inwestora ze Stanów Zjednoczonych. Teraz Yves mógł skupić się wyłącznie na tworzeniu.

ysl-12

fot. menstylefashion.com

A’la Mondrian

Lata sześćdziesiąte to czas wyzwolenia i bunt. Kult młodości i zerwania z tradycyjnymi wzorcami szerzył się od USA do RFN. Odrzucenie zwyczajów mieszczańskich musiało znaleźć wyraz także w modzie. Saint-Laurent w moment ten trafił idealnie. Jego kolekcja z 1965 roku The Mondrian Collection okazała się hitem wśród młodzieży. Proste, wykonane z dżerseju suknie, kolorystyką i krojem nawiązywały do neoplastycyzmu, a inspiracji szukał w obrazach Pieta Mondriana.

ysl-10

fot. bustownmodern.com

Pomysły do kolejnych linii Saint-Laurent także czerpał z malarstwa. W 1966 roku ukazała się jego kolekcja Pop Art nawiązująca do prac Roya Lichtensteina czy Andyego Warhola. Był to wyraźny sygnał poparcia wysyłany w kierunku nowego, wyzwolonego pokolenia. Utożsamiał się z nim i tworzył dla niego. To także wpłynęło na jego popularność i sukces komercyjny.

Francuski projektant nie przestawał przekraczać barier – udowodnił to linią Le smoking, która przeszła do historii. Mimo, że koncepcje męskich spodni dla kobiet pojawiały się wcześniej, to po raz pierwszy zaprezentował je Saint-Laurent. Elementy męskiej garderoby dopełniające kobiecy strój szokowały. Jednak na fali czasu, ideologii lewicowej i feministycznej, ubrania podbiły serca, głównie młodych ludzi.

ysl-13

fot. london-is-passion.blogspot.com

Otwarcie butiku w Paryżu z kolekcją Rive Gouche okazało się kolejnym komercyjnym hitem. Gotowe stroje pret-a-porter były dostępniejsze dla większej liczby osób niż ubrania szyte na miarę. Konkurencje martwiła standaryzacja mody, którą zapoczątkował Saint-Laurent – pojawiło się wiele głosów krytyki, na przykład Pierre Cardin, odnosząc się do linii pret-a-porter miał powiedzieć, że świat umrze z nudów.

ysl-11

fot. littleaugury.blogspot.com

Potężnym imperium Saint-Lauren’a świetnie zarządzał wspomniany wcześniej Berge. Odpowiedzialny był za liczne kontrakty, a także za opiekę nad projektantem. Pieniądze i popularność źle wpływały na artystę, a jego neurotyczny charakter utrudniał racjonalne dyskusje. Nocne libacje, orgie i narkotyki stały się codziennością. W momentach słabości wywoływanej używkami odwracał się nawet od swojego jedynego, prawdziwego przyjaciela. W tamtym czasie Yves’a łączył związek z męską prostytutką, którą Karl Lagerfeld wynajął jako klauna. Najprzystojniejszy w Paryżu utrzymanek, był uświetnieniem wielu modowych przyjęć. Traktowano go jako ciekawostkę i urozmaicenie zabawy. Podczas jednej z takich orgii Saint-Laurent poznał właśnie ekskluzywnego żigolaka. Coraz większa rzesza znajomych i zatracenie się w suto zakrapianych imprezach uniemożliwiały powrót do normalnego życia.

POUR HOMME

W roku 1971 pojawiła się pierwsza linia perfum sygnowana nazwiskiem Saint-Laurent’a. Pour Homme osiągnął spory sukces, głównie ze względu na udaną akcję marketingową. Fotografia reklamowa przedstawiała nagiego Yvesa pozującego przed obiektywem.Wybuchł skandal, a sprzedaż zapachu wzrosła. Współczesne kolekcje perfum nawiązujące do tej z 1971 cieszą się niezmiennym zainteresowaniem. Yves’owi udało się przebić wśród konkurencji, a zapach z biegiem lat, nie wywietrzał. Ciągle pociąga i zyskuje nowych fanów.

La_Collection_Pour_Homme_YSL.1000x1000

fot. shopmania.com.br

Yves Saint-Laurent w latach siedemdziesiątych życiem i twórczością wpisywał się w ogólny nastrój dekady. Hippisowskie ubrania, wyzwolenie i narkotyki. Libacje przeniosły się do jego willi w Mogadiszu. Jedna z najbardziej znanych kolekcji tego okresu to Ballets Russes. Inspirowane wschodnimi oraz rosyjskimi elementami ubrania zdobyły olbrzymią popularność. Szerokie, długie spódnice w połączeniu z turbanami czy kołpakami były w ówczesnym świecie houte couture tego stopnia przełomowe, że New York Times napisał nawet o zmianie kursu światowej mody. Yves Saint-Laurent po raz kolejny udowodnił, że mimo wielu sukcesów, ciągle jest w stanie zaskoczyć i zaoferować coś nowego i awangardowego.

ysl-15

fot. vogue.it

Wpływ Yvesa Saint-Lurent na modę jest niezaprzeczalny – bez jego innowacyjnych koncepcji moda była by niepełna. Trudno patrzeć na ewolucję projektów modowych, nie biorąc pod uwagę tych, które pozostawił. Projektant zmarł w 2008 roku, sześć lat po swoim ostatnim pokazie haute couture w Centrum Pompidou. Jego życie zaskakuje złożonością, wewnętrznym cierpieniem i zewnętrznym sukcesem. Determinacja do pracy, ciągły rozwój i nieustanne szokowanie opinii publicznej są dla niego charakterystyczne. Przystojny i elegancki, zbyt wrażliwy stale skłania do refleksji.

ysl-16

fot. mt.sohu.com

Autor: Franciszek Świtała

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Czytaj kolejny artykuł

Trzech polskich seryjnych morderców

Lifestyle / 

Z jednej strony wzbudzają strach, z drugiej zaś zainteresowane i są obiektem zbiorowej fascynacji. Przenikają do sfery popkultury, stając się bohaterami książek, filmów czy piosenek. Znajdują zarówno wiernych naśladowców jak i zagorzałych wrogów.  Historie ich poczynań obrastają w mity, przeistaczając się w miejskie legendy, które nigdy nie umierają. Łączyło ich jedno — pseudonim Wampir i nieposkromiona chęć zabijania. Seryjni mordercy — kim byli najsłynniejsi polscy oprawcy kobiet, którzy po dziś dzień budzą lęk?

Wampir z Gałkówka

Wampir z Galkówka

fot. baedekerlodz.blogspot.com

Stanisław Modzelewski terroryzował Gałkówek i okoliczne wsie przez kilkanaście lat. Wszystko zaczęło się w latach 50-tych, kiedy to ten niewysoki, ale przystojny mężczyzna, kierowca samochodów wojskowych, popełnił makabryczną zbrodnię na 67-letniej kobiecie.  Zdarzenie miało miejsce 31 lipca 1952 roku i rozpoczęło serię zabójstw popełnionych przez Modzelewskiego — w sumie z jego ręki zginęło aż siedem kobiet. Większość ze zbrodni dokonała się właśnie w Gałkówku — niewielkiej miejscowości usytuowanej przy trasie kolejowej łączącej Łódź i Koluszki.

Pierwsza z ofiar, Józefa P., zastała zamordowana w lesie, kiedy zbierała jagody. Modzelewski chciał odbyć z nią stosunek seksualny, lecz napotkawszy opór ze strony kobiety wpadł w złość i szybko udusił swoją ofiarę. Kilka miesięcy później, w okresie Świąt Bożego Narodzenia, mężczyzna wsiadł do tramwaju, udając się w okolice Tuszyna, i wysiadł nieopodal lasu. Tam spotkał młodą kobietę, Marię C., która zginęła w ten sam sposób, co jej poprzedniczka. W 1953 roku, również w okolicach Tuszyna, na skutek uduszenia umarła kolejna kobieta — Teresa P. I w tym przypadku zbrodnia miała charakter seksualny.

Dwa lata później, w 1955 roku, Modzelewski zamordował  Irenę D. Kobieta zginęła na torach kolejowych pod Gałkówkiem, a jej ciało odnaleziono dzień później. W tym miejscu zamordowano jeszcze  dwie kobiety. Ostatnią ofiarą Modzelewskiego była Maria G., którą sprawca udusił i pociął żyletką 14 września 1967 roku. Kilka dni później został aresztowany i oskarżony o morderstwo staruszki. Oskarżony przyznał się do zarzucanych mu czynów i opowiedział o zabójstwach innych kobiet. Podczas procesu  powiedział:

Bolałem się, że nie mogę mieć kobiety jak inni, stąd te trupy pod Gałkówkiem.

modzewlewski

fot. sadistic.pl

Relacjonując proces do którego doszło dwa lata później w Łodzi, Dziennik Łódzki pisał o Modzelewskim, że ten:

(…) wszystkich zabójstw dokonał z sadystycznych pobudek, dla zaspokojenia zboczonego popędu seksualnego: Modzelewski odpowiada bardzo szybko, operuje dużym zasobem słów, chętnie popisuje się elokwencją. Od początku uderza charakterystyczny szczegół. Ten człowiek dysponuje wręcz fenomenalną pamięcią. Pamięta zajście z każdą swą ofiarą w najdrobniejszych szczegółach (...)

Żona oskarżonego przyznała, że Modzelewski przez 18 lat małżeństwa nie odbył z nią normalnego stosunku seksualnego, a dziecko, które z nim wychowywała, było innego mężczyzny. Ostatecznie w wyniku procesu morderca został skazany na karę śmierci i stracony w listopadzie 1969 roku. Wampirowi z Gałkówka reżyser Maciej Żurawski poświęcił jeden z odcinków swojej serii Paragraf 148, kara śmierci.

 

Wampir z Zagłębia

Zdzisław Marchwicki grasował na terenie Górnego Śląska i Zagłębia przez ponad sześć lat. Został skazany na karę śmierci za zabicie czternastu kobiet i usiłowanie zabójstwa kolejnych sześciu. Jego zbrodnie były podyktowane motywem seksualnym, a ofiary były przypadkowymi kobietami. Scenariusz morderstwa był za każdym razem podobny — mężczyzna szedł za wybraną kobietą i uderzał ją w głowę tępym przedmiotem, a następnie bił do śmierci. Nierzadko dopuszczał się z denatką czynności seksualnych.

marchwicki2

fot. popvictims.pl

Pierwsza z ofiar Wampira z Zagłebia, Anna M., zginęła 7 listopada 1964 w miejscowości Dąbrówka Mała. Na cześć jej imienia utworzono grupę operacyjno-śledczą mającą zbadać 9 zbrodni, które w ciągu dwóch pierwszych lat działalności popełnił Marchwicki. W świadomości publicznej Wampir z Zagłębia zaistniał dwa lata później za sprawą odkrytych 11 października 1966 roku zwłok jego kolejnej ofiary. Zamordowana przez Marchwickiego kobieta, Joanna G., okazała się być bratanicą samego I Sekretarza KW PZPR w Katowicach, Edwarda Gierka.

Kilka lat później na podstawie analizy zebranych materiałów, śledczy ustali 483 cechy fizyczne i psychiczne, którymi miał cechować się rzekomy zabójca. O osobowośći mordercy specjaliści pisali tak:

(…) typ paranoidalny jest on w swoich poczynaniach precyzyjny, jest ostrożny, planuje starannie swoje działania, jest schludny, lubi porządek, jest czysty. Trzyma się z dala od ludzi (…). Jego jedynym sposobem osiągania zadowolenia seksualnego jest masturbacja lub – symbolicznie, jak ze swymi ofiarami – pewna kombinacja fetyszyzmu i zemsty na matce i całym rodzaju żeńskim (…) Ma wykształcenie średnie lub wyższe, być może o charakterze technicznym.

Wśród podejrzanych, pasujących do opisu znalazł się Marchwicki.

Ostatnia ofiara Wampira, Jadwiga K., została znaleziona martwa w 1970 roku. Do zbrodni przyznał się chory psychicznie Piotr Olszewa, jednakże ze względu na braku dowodów został wypuszczony. W ciągu dwóch tygodni od wyjścia zabił on swoją żonę i dzieci, a następnie popełnił samobójstwo. Istnieją hipotezy, że może to właśnie on był prawdziwym Wampirem z Zagłębia.

Zdzisław-Marchwicki

fot. birthfactdeathcalendar.net

Marchwicki został aresztowany 6 stycznia 1972 roku w Dąbrowie Górniczej na skutek zawiadomienia o maltretowaniu złożonego przez jego żonę. Sam proces Marchwickiego rozpoczął się 18 września 1974 roku, jednak od samego początku wzbudzał wątpliwości i nigdy nie udało się ustalić, czy rzeczywiście był on winny zarzucanych mu czynów. Bez względu na brak solidnych dowodów, odwoływane zeznania Marchwickiego i inne fakty świadczące o nierzetelności tego procesu, zakończył się on 28 lipca 1975 wraz z wyrokiem skazującym oskarżonego na karę śmierci.

W świadomości społecznej Marchwicki zapisał się jako jeden z najgroźniejszych seryjnych morderców ówczesnej Polski. Jego postać wymieniania jest w zagranicznych opracowaniach kryminologicznych, m.in w „Hunting Humans” autorstwa prof. Elliotta Leytona. W fabularyzowanej powieści „Na tropach zabójscy” Tadeusz Wilelgolawskiego również rozprawia się z sylwetką tego mordercy. Marchwickiemu poświęcono również takie produkcje filmowe jak film Anna i Wampir (1982), Jestem mordercą (1998) Wampir (2004) czy Kryminalni: Misja Śląska (2006).

Wampir z Bytomia

Joachim Knychała, znany również jako Wampir z Bytomia lub Frankenstain, w latach 70-tych i 80-tych siał strach wśród mieszkańców Śląska.

Knychała

fot. art148.pl

Knychała przyszedł na świat 8 września 1952 roku w protestanckiej, polsko-niemieckiej rodzinie. Ojciec zostawił chłopca, gdy ten mia zaledwie dwa lata. Joachim wychowywał się z niemiecką matką i babcią, które zamiast miłości, okazywały mu jawną niechęć, nazywając go „polskim bękartem”. Był przez nie bity i wyzywany, co jak można przypuszczać, w późniejszym okresie jego życia mogło być skutkiem urazu do kobiet. Choć sam miał żonę i dwie córki, Knychała zamordował pięć młodych kobiet i zarzucono mu usiłowanie zabójstwa kolejnych siedmiu. Na co dzień pracował jako cieśla i górnik w Piekarach Śląskich. Co ciekawe, do morderstw zainspirowała go postać innego zabójcy — Zdzisława Marchwickiego zwanego również Wampirem z Zagłębia. Knychała zabijał kobiety uderzając je w tył głowy tępym narzędziem. Zbrodnie dokonywane były w pobliżu miejsca zamieszkania ofiar, a ich ciała znajdowano obnażone. Zabójstwa miały wyraźne podłoże seksualne.

Jego pierwszą niedoszłą ofiarą była młoda dziewczyna, którą wraz ze swoimi kolegami, będąc w stanie nietrzeźwym, usiłował zgwałcić. Chłopak miał wtedy 18 lat. Choć wypierał się czynu, został skazany na trzy lata więzienia. W czasie kiedy Knychała wyszedł z więzienia, cała Polska żyła głośnym procesem wspomnianego już Zdzisława Marchwickiego, oskarżonego o zabójstwo 14 kobiet i usiłowania kolejnych 6. Postać ta fascynowała chłopaka i stała się dla niego inspiracją do zabijania. Po raz pierwszy Knychała próbował dokonać zabójstwa na tle seksualnym 3 listopada 1974 roku. Jego uwaga skupiła się wówczas na 21-letniej Marii Boruckiej z Bytomia. Zabójca uderzył kobietę od tyłu w głowę, jednak ta, dzięki wyjątkowemu szczęściu, przeżyła napad.

knychała2

fot. player.pl

Dwa lata poźniej mężczyzna udał się do Piekar Śląskich by tam, również w listopadzie, zaatakować Elżbietę M., głowę ofiary zmasakrował siekierą. Drugą ofiarą śmiertelną na “koncie” Wampira z Bytomia stała się Mirosława S., będąca głównym świadkiem zabójstwa Jadwigi K., ostatniej ofiary Marchwickiego. Do zdarzenia doszło 6 maja 1976 roku. Knychała zamordował ją w taki sam sposób, w jaki robił to jego poprzednik z Zagłębia, stąd pojawiły się wątpliwości, czy Marchwicki został słusznie oskarżony. W październiku 1976 roku Wampir z Bytomia zamordował Teresę R., której zakrwawione ciało ukrył w piwnicy.

24 czerwca 1978 roku pod Piekarami Śląskimi dokonano makabrycznego odkrycia — w przydrożnym rowie znaleziono nagie ciała dwóch dziewczynek: 10-letniej Haliny S. i 11-letniej Kasi W. Druga z dziewczynek przeżyła atak Wampira i po czasie powróciła do zdrowia. Ostatnią ofiarą Knychały była jego 17-letnia szwagierka, Bogusława  L. Mężczyzna zamordował ją, kiedy ta zagroziła, że wyjawi prawdę o ich związku. W następstwie tego morderstwa, milicja zainteresowała się mężczyzną i po przeprowadzonym dochodzeniu i przyznaniu się do zarzucanych mu czynów, Knychała został skazany przez sąd na karę śmierci przez powieszenie. Dokonał żywota w wieku 33 lat, 28 października 1985 roku w Krakowie.

Joachmi Knychała zapisał się nie tylko w historii polskiej kryminalistyki, ale również w popkulturze. Kazik Staszewski napisał o nim piosenkę zatytułowaną Wampir z Bytomia, jeden ze swoich utworów pod tytułem The Vampire of Beuthen poświęcił mu również zespół Voidhanger. Zafascynowany postacią Wampira, dziennikarz Eddy Kozak napisał o nim książkę Pamiętniki Wampira. Inspirując się tą postacią w 2012 roku reżyser Marcin Koszałka stworzył dokument filmowy Zabójca z lubieżności.

Autor: Alicja Szwarczyńska

Inne wpisy z tej kategorii

portfel

Komentarze

  1. W tamtych czasach bez jednostek analiz behawioralnych i z mniejszymi możliwościami kryminalistyki złapanie tych ludzi było znacznie trudniejsze niż dziś, aż strach pomyśleć ilu takich ludzi działa a my nic o tym nie wiemy .

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Czytaj kolejny artykuł

Wedel – gorzki smak sukcesu

Lifestyle / 

Od błyskotliwej kariery do grabieży nazwiska i mienia – tak po krótce można by opisać historię najsłynniejszej polskiej fabryki czekolady. To również pasjonująca opowieść o ludziach z wizją i ogromną pasją, którzy wyprzedzali swoje czasy.

Historia fabryki Wedel i jej założycieli to idealny materiał na hollywoodzką superprodukcję. Nie brakuje w niej emocjonujących momentów oraz nagłych zwrotów akcji. Główni bohaterowie reprezentujący trzy pokolenia to przedsiębiorcy, którzy do dziś mogą stanowić wzór tego,  jak skutecznie rozwinąć biznes. To także ludzie nieugięci i gotowi nieść pomoc innym w najbardziej ekstremalnych okolicznościach.

Wnętrze sklepu firmowego przy ul. Szpitalnej 8 w Warszawie; fot. wikimedia.org

Wnętrze sklepu firmowego przy ul. Szpitalnej 8 w Warszawie;  fot. wikimedia.org

Słodki początek

Wszystko zaczęło się ok. 1845 roku. Wtedy w Warszawie pojawił się młody Karol Ernest Henryk Wedel, cukiernik z Berlina. Nie potrzebował dużo czasu, żeby rozsmakować mieszkańców stolicy w produkowanych przez siebie słodkościach. Początkowo prowadził działalność ze wspólnikiem Karolem Grohnertem w lokalu przy ul. Piwnej 12. Jednak ambicja sprawiła, że Wedel dość szybko się usamodzielnił. W 1851 roku otworzył własną fabrykę czekolady przy ul. Miodowej. Jeśli ktoś myśli, że był to ryzykowny krok, jest w wielkim błędzie. Wedel miał asa w rękawie, który dawał mu przewagę nad konkurencją. Przygotowywał bowiem ciasta na bazie receptur, które dotąd w Polsce były całkowicie nieznane. Nowe smaki przyciągały klientów. Karol Wedel miał również zmysł marketingowca. Wiedział, że nawet najlepszy produkt wymaga odpowiedniej medialnej oprawy. Dlatego przeznaczał niemałe środki na reklamy w lokalnej prasie. Zdawał sobie również sprawę, że rozwój firmy wymaga inwestycji, dlatego sprowadzał z zagranicy najnowocześniejsze maszyny, np. do walcowania masy słodowej. Prawdziwym hitem okazała się jednak płynna czekolada serwowana w firmowych pijalniach.

Karol Wedel; fot. willow198677.nazwa.pl

Karol Wedel; fot. willow198677.nazwa.pl

W 1865 roku senior postanowił przekazać kierowanie biznesem swojemu synowi Emilowi Albertowi Fryderykowi, który sporo podróżował po świecie, podglądając branżowe ciekawostki. Zakład dostał od ojca… w prezencie ślubnym. Trzeba przyznać, że był to hojny dar. Jednak junior postanowił dobrze go wykorzystać. Nie spoczął na laurach i zabrał się do pracy. Rozrastającą się fabrykę przeniósł na ulicę Szpitalną i zaczął produkcję nowych smakołyków, m.in. czekolady w tabliczce.

Nic dziwnego, że szybko doczekał się naśladowców. Można tylko sobie wyobrazić, w jaką wpadł furię, kiedy odkrył podróbki swoich produktów. Również i w tym wypadku wykazał się wielką zapobiegliwością i wynalazł patent, jak nie dać się wykorzystać podstępnej konkurencji. Każdy produkt był sygnowany jego charakterystycznym podpisem, który do dziś widnieje na opakowaniach.

Emil Wedel

Emil Wedel; fot. wikimedia.org

Ostatni Wedel

Interes świetnie prosperował, a do przejęcia rodzinnej schedy przygotowywał się następny z rodu – Jan, syn Emila. Po przodkach odziedziczył talent cukierniczy i zmysł do zarządzania. Trzeba przyznać, że zanim objął stery, musiał przejść prawdziwą szkołę życia. Pracował na wszystkich stanowiskach w fabryce, żeby poznać każdy szczegół związany z jej funkcjonowaniem. Nauka nie poszła w las. Marka rozwijała się w imponującym tempie. W 1927 roku Emil nakłonił rodzinę do budowy nowej siedziby przy ul. Zamoyskiego na Pradze. Pełnoprawnym właścicielem fabryk został w 1932 roku. Wtedy też firma została przekształcona w spółkę i rozpoczęła sprzedaż akcji. Rodzina oczywiście przezornie zatrzymała pakiet większościowy, aby żaden inny udziałowiec nie miał wpływu na losy przedsiębiorstwa.

samolot rwd13

wikiwand.com

Młody zarządca prężnie rozwijał sieć dystrybucji. Sklepy firmowe powstawały w kolejnych polskich miastach, rozpoczęto eksport za granicę. Janowi nie brakowało odwagi i wyobraźni. W 1936 roku nabył samolot typu RDW-13, który dostarczał asortyment do Europy i flotę samochodów do rozwożenia towaru. Stworzył też przepis na biszkopty i ptasie mleczko, które podbiło podniebienia klientów. Wprowadził nowe praktyczne opakowania. Cechowała go też niezwykła dalekowzroczność: część zysków konsekwentnie przeznaczał na dalszą modernizację zakładów.

Jan Wedel był też wyjątkowym szefem. Oferował swoim pracownikom pakiet socjalny, o którym dziś trudno marzyć nawet w najbardziej hojnej korporacji. Mieli oni zapewnioną opiekę medyczną, refundowane wczasy, świąteczne premie, coroczną 10% podwyżkę, a ich dzieci żłobki i przedszkola. Działała zakładowa orkiestra, klub sportowy, kółko dramatyczne. Co więcej, Wedel pomagał spełnić swoim podwładnym marzenie o własnych czterech kątach. Udzielał im bardzo korzystnych pożyczek na budowę domów. Angażował się również w działalność charytatywną, wspierając, m.in. ośrodki opiekuńcze dla młodocianych.

jan wedel

polacyzwyboru.pl

Pasmo sukcesów przerwała wojna. Również w tak trudnych okolicznościach Jan potrafił wykazać się empatią, dość rzadko spotykaną w przypadku ówczesnych bogaczy, a także ogromną odwagą. Po wkroczeniu Niemców, rozdawał mieszkańcom zapasy żywności, wypiekał pieczywo dla najuboższych, wspierał działalność konspiracyjną, wykupował ludzi z obozów koncentracyjnych. W fabryce prowadzono też tajne lekcje w języku polskim. Na swoich ziemiach wydzielił pracownikom działki, na których mogli uprawiać warzywa. Gestapo naciskało, aby zarejestrował się na Volksliście, ale on z uporem odmawiał. W odwecie zarekwirowano część jego majątku.

Trudne powojenne czasy

Zakład przetrwał burzliwe czasy, ale nie obyło się bez strat. Budynki częściowo zostały zniszczone podczas bombardowań. Hitlerowcy rozgrabili też specjalistyczne maszyny i zapasy. Z pewnością Wedel ze swoimi umiejętnościami menadżerskimi, poradziłby sobie z tymi trudnościami, jednak na jego drodze pojawiła się przeszkoda nie do pokonania – nowa komunistyczna władza, która brzydziła się tym, co prywatne. A że wszystko w tamtych czasach musiało być wspólne, Jana poproszono o fachową radę, jak prowadzić cukierniczy interes, następnie podziękowano za dotychczasowy wkład w budowę marki, a firmę w 1949 roku znacjonalizowano. Sam Jan miał całkowity zakaz wstępu na teren nieruchomości. Nie miał gdzie mieszkać. W końcu kąt w kamienicy przy ul. Szpitalnej ofiarował mu dawny stróż.

Wedel_podpis

fot. wedelpijalnie.pl

Dysydenci nie zadowolili się wyłącznie majątkiem. Uznali, że mogą również pożyczyć popularne nazwisko założycieli i tak oto powstała nazwa: – Zakłady Przemysłu Cukierniczego im. 22 lipca – d. E. Wedel.

Dzięki wieloletniej tradycji fabryka radziła sobie całkiem nieźle i sukcesywnie zwiększała produkcję. Jej specjały były sprzedawane w wielu krajach, m.in. w Afryce i na Bliskim Wschodzie. W Płońsku wybudowano fabrykę pieczywa cukierniczego. Sytuacja zmieniła się w latach 80-tych. Decyzje rządzących dotyczące gospodarki skończyły się klapą. Kraj był coraz bardziej zadłużony i nie było pieniędzy na zakup dość kosztownych surowców potrzebnych do wyrabiania czekolady. W 1983 roku na chwilę zaprzestano jej produkcji. Ostatecznie udało się wyjść z tego kryzysu, ale lata świetności minęły.

fot. mlodelata.pl

fot. mlodelata.pl

Wedel w III RP

W 1989 roku historia zatoczyła koło i zakład postanowiono sprywatyzować. Pierwszym nabywcą była PepsiCo. Na początku lat 90. spadkobiercy wytoczyli jej sprawę o bezprawne wykorzystywanie nazwiska w nazwie firmy. Od najwyższych urzędników usłyszeli, że nie mają wielkich szans na wygraną. Stało się jednak inaczej: wywalczyli odszkodowanie, którego suma do dziś pozostaje tajemnicą.

Rogatki_Grochowskie_Warszawa_2011_(3)

wikiwand.com

PepsiCo nie bardzo angażowało się w rozwój fabryki, było bowiem zainteresowane wąskim obszarem jej działalności, jakim są przekąski słone. Ostatecznie została podzielona na części i sprzedana nowym nabywcom. Każdy wziął swój kawałek tortu. Cukierki dostała fińska korporacja Leaf, ciastka Danone, a czekoladę Cadbury Schweppes. Tą ostatnią z kolei przejął większy gracz Kraft Foods. Wtedy zaprotestowała Komisja Europejska, bo to oznaczałoby monopol marki w tym sektorze w Polsce. W efekcie Wedel trafił w ręce Japończyków, a konkretnie LOTTE Group. Zachowali najbardziej znane słodkości, które nadal zachwycają swoim smakiem. Niestety, na internetowej stronie marki na próżno szukać jakiejkolwiek wzmianki o rodzie założycieli.

Podobny los jak Wedel podzieliło wielu przedwojennych właścicieli fabryk, np. specjalizujący się w chemii Adolf Gąsecki i Synowie, produkujący platery bracia Henneberg czy wytwórnia wyłączników elektrycznych Kazimierza Szpotańskiego.

Zastanawiacie się, co działo się z pierwotnym właścicielem, którego nazwisko nadal jest siłą napędową promocji? Podobno do końca życia czyli do 1960 roku godzinami przesiadywał w Parku Skaryszewskim, spoglądając na dzieło swojego życia. W 2004 roku utworzono tam aleję imienia jego ojca – Emila Wedla. To świetne miejsce, żeby przystanąć i oddać się refleksji jak gorzki bywa smak sukcesu i jak z klasą przyjąć nawet najbardziej dotkliwą porażkę.

Autor: Marta Bełza

Inne wpisy z tej kategorii

portfel

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Sklep Miler - męski sklep
Top